- PIERWSZA DRUŻYNA PRZYPIĘTY WOKÓŁ KLUBU

Derby na styku – bez zwycięzcy. Teraz czas na Jelenią Górę.

Derby można podsumować krótko: dużo walki, mało konkretów i niedosyt po naszej stronie.

Początek należał do nas – pierwsze 10 minut to wyraźna dominacja, ale bez przełożenia na konkrety. Brakowało ostatniego podania, wykończenia, tej „kropki nad i”. I jak to często bywa w takich meczach – niewykorzystane sytuacje się mszczą.

W 23. minucie goście objęli prowadzenie. Po zbyt krótkim wybiciu piłka trafiła pod nogi zawodnika Nysy, dośrodkowanie, rykoszet i futbolówka spadła pod nogi Jakuba Korzeniewicza, który z bliska pokonał Kacpra Jureczko. Kolejna szansa Nysy, w 24 minucie ale strzał Czajkowskiego obronił nasz bramkarz.

Na szczęście odpowiedź była szybka. W 31. minucie akcję napędził Patryk Tuszyński, Rafał Niziołek świetnie wypuścił Konrada Janickiego, a ten zrobił to, co potrafi najlepiej – wykorzystał sytuację i mieliśmy 1:1. Do przerwy obraz gry się nie zmienił – dużo biegania, walki.

Po zmianie stron oba zespoły szukały zwycięstwa, ale to my mieliśmy więcej sytuacji, żeby przechylić szalę na swoją korzyść. Najpierw główka Dominika Lewandowskiego po wrzutce Krzyśka Napory – świetnie obronił Dariusz Szczerbal. Później kolejne okazje: strzał Lewandowskiego nad bramką, a chwilę później idealne dogranie Konrada Janickiego do Michała Biskupa, który jednak uderzył zbyt lekko.

Swoje momenty miała też Nysa – choćby groźna sytuacja w 55. minucie, ale piłka przeleciała obok naszej bramki, a 58 minucie strzał Sikory obronił Jureczko.

Końcówka? Emocje do samego końca, a w doliczonym czasie gry, Patryk Tuszyński upadł w polu karnym, ale gwizdek sędziego milczał.

Remis 1:1. I trzeba powiedzieć wprost – to bardziej strata dwóch punktów niż zysk jednego. Piąty mecz wiosny bez zwycięstwa, a „klątwa skuteczności” nadal ciąży nad biało-niebieskimi.

Ale nie ma czasu na rozpamiętywanie. Już w środę wyjazd do Jeleniej Góry na zaległy mecz. Jak podkreśla trener – teraz liczy się regeneracja, koncentracja i mental. Bo jakości tej drużynie nie brakuje.

I jedno jest pewne – biało-niebiescy nie odpuszczą.

A czy 1 kwietnia to my spłatamy psikusa rywalom? Oby.